Patriotyzm ekonomiczny – Kupuj polskie produkty!

W najbliższym czasie planuję trochę odpocząć od wszelkiej polityki, jednak jest jedna dziedzina z pogranicza spraw politycznych i konsumenckich, której nigdy nie odpuszczam. To jest patriotyzm ekonomiczny.

W aspekcie konsumenckim polega on między innymi na tym, że preferuję kupować polskie produkty, niż produkty wyprodukowane za granicą. Czynność ta ma dość duży sens.

Ryba, którą kupuję od polskiego hodowcy, da mu pieniądze – zarobek. Ten hodowca wybuduje kolejny staw hodowlany w mojej okolicy, będzie miał na to pieniądze. Firma, która te stawy buduje należy do przedsiębiorcy, którego rodzina z kolei to klienci mojej firmy. Oni dają zarobek mi.

Pieniądz, który przekazałem na lokalny, polski produkt – wraca do mnie. Podobne zależności i mechanizmy powtórzone miliony razy budują siłę naszej gospodarki.

Co się dzieje jednakże, kiedy zamiast wspierać polskiego hodowcę, kupuje łososia norweskiego i prawie cały mój pieniądz trafia do Norwegii? Czy ten pieniądz do mnie wraca? Wątpię….

Poza tym lokalna rybka jest po prostu smaczniejsza i zdrowsza!

Takie mam przemyślenia przy piątkowym gotowaniu…

…a  Ty co o tym myślisz?

 

Centralny Port Komunikacyjny – inwestycja typu „Miś”

Chcąc nie chcąc na blogach muszę czasem odgrywać rolę ekonomicznego marudy, jednak i to jest uzasadnione. Ponieważ mieszkam na prowincji znacznie lepiej widzę problemy Polski, niż wielu mieszkańców wielkich miast.

Z perspektywy miasta powiatowego bardzo dobrze widać skłonność polityków do rozgłosu, rozbawiania gawiedzi oraz wielkich, słomianych inwestycji typu „Miś”. (Bo przecież na nędznych, słomianych inwestycjach robi się największe pieniądze.)

Słomianą inwestycją jest jak dla mnie Centralny Port Komunikacyjny, być może sprzężony z Centralnym Portem Lotniczym. Inwestycja po prostu głupia z perspektywy rozwoju Polski, choć ze względów propagandowych na pewno pożądana.

Nie! Absolutnie nie mówię zdania typu „siedźmy na 4 literach i cieszmy się tym co jest”. Polska potrzebuje lepszej infrastruktury, bezdennie głupia jest jednak jej centralizacja w XXI wieku.

Polska komunikacja potrzebuje decentralizacji, inteligentnych rozwiązań logistycznych (kreowanych przy użyciu wysokich technologii, inteligentnych sieci, itp.) wreszcie komunikacyjnego powrotu państwa na prowincję, z której to państwo od 1989 sukcesywnie się wycofuje na rzecz wielkich metropolii oraz ich przysiółków.

Przyszłość może wyglądać inaczej. Zamiast niepotrzebnie koncentrować komunikację w jednym punkcie można ją rozproszyć. Koncentracja to głupota strategiczna, w dobie niepewności politycznej, militarnej i terrorystycznej taki punkt jest łatwy do sparaliżowania. Łatwo położyć taki system nawet nie przez celowy atak, ale przez zwykły wypadek na autostradzie prowadzącej do Centralnego Portu.

Regularna komunikacja z małego lotniska Modlin.

Nie…. lepsza jest dywersyfikacja i max. rozproszenie.

Dobrą analogią jest tu internet, stworzony jako sieć rozproszona. Jeśli chcesz wysłać maila nie piszesz go przecież na pendrive, nie pakujesz pendrive w kopertę i nie niesiesz na pocztę, gdzie mail za opłatą byłby transferowany do centralnego serwera komunikacyjnego, stamtąd na pocztę, następnie nagrywany na pendrive przez pracownika i niesiony przez doręczyciela do odbiorcy…. nie… bierzesz i wysyłasz bezpośrednio do adresata z domu. Ale ile rozwoju i miejsc pracy powstałoby przy systemie scentralizowanym? Piękny budynek centralnego serwera komunikacyjnego nieźle prezentowałby się w mediach! Co nie?!

E-mail wędruje przez sieć rozproszoną do adresata, w dużym stopniu bezpośrednio, dlaczego w jakiś analogiczny sposób nie miałby wyglądać transport przyszłości oparty na jakiejś sieci neuronowej, kalkulującej optymalne połączenia towarowe i osobowe?

Zamiast jednego dużego lotniska – potrzebujemy szeregu mniejszych, równomiernie pokrywających obszar Polski. Zamiast ściągać ruch do już zatłoczonych metropolii, lepiej pozwolić mu się naturalnie rozlać po Polsce, zamiast budowy mega-dworca kolejowego, lepiej przywrócić szereg zlikwidowanych dworców i połączeń kolejowych na prowincji (niekoniecznie realizowanych przez wielkie składy, ale przez szereg mniejszych, lekkich)…

Rozumiecie moją analogię?

Zapraszam do dyskusji na temat sensowności XIX-wiecznej centralizacji w XXI wieku.

 

Ewakuacja struktur państwowych z prowincji – Polska

W mojej opinii od lat dokonuje się powolny, aksamitny demontaż Polski, czego pierwszym krokiem jest zauważalna ewakuacja struktur państwa polskiego z prowincji. Zaczęło się oczywiście w 1989 roku, po którym rozpoczęła się zorganizowana międzynarodowa grabież majątku narodowego, jednak mimo tego kryzysu dużo z tej infrastruktury na prowincjo zostało, czasem ledwo ciągnąc, ale trwając.

Elementy swoiście pojętej „infrastruktury” państwa to przedsiębiorstwa państwowe, szpitale, szkoły, administracja, sieć kolejowa, komunikacja publiczna (np. PKS), itp.

Od lat to jest  na skalę ogólnopolską sabotowane i finalnie wycofywane do wielkich metropolii a punktem kluczowym była tu likwidacja dawnych województw i dawnej wbrew pozorom dość nowoczesnej struktury administracyjnej w okolicach milenium. W tym samym czasie, kto się interesował tematem, zauważył na prowincji masową likwidację małych, lokalnych szkół.

Do chwili obecnej mamy regularne wycofywanie się państwa polskiego z posiadanej infrastruktury kolejowej, likwidację połączeń lokalnych, wreszcie gdzieniegdzie fizyczną likwidację linii kolejowych. Sprawny PKS, rozparcelowany na setki spółek, też jest już historią, została z niego tylko nazwa.

Na prowincji pozostaje jeszcze w miarę sprawny aparat represji i grabieży, czyli np. służby skarbowe. Używam przy tym słowa 'grabież’ bez specjalnej chęci prowokacji, po prostu zabieranie (podatków) bez dawania w zamian (sieci szpitali, szkół, infrastruktury) jest niczym innym niż grabieżą.

Przy okazji. Zapraszam do lektury:

Centralny Port Komunikacyjny – inwestycja typu „Miś”

.

Puchnie za to „centrala” oraz kilka regionalnych potęg – takich jak np. Wrocław. Puchną ponad miarę i pierwotnie przewidzianą „pojemność’ tkanki miejskiej, co widać na co dzień, w postaci niesamowitego zakorkowania i częstego paraliżu komunikacyjnego, który chcą jeszcze pogłębić przeróżni fantaści, pragnący jeszcze więcej centralizacji.

Tylko to wszystko JUŻ było! Widzieliśmy już takie zjawiska w historii.

W Europie, w okresie przechodzenia od starożytności (Rzymu), która cechowała się rozwiniętą infrastrukturą i obecnością struktur państwowych na prowincji do średniowiecza (np. państwo Franków), które to właśnie cechowało się wycofaniem państwa z prowincji na rzecz wybranych ośrodków miejskich.

We wczesnym średniowieczu bezpośrednia władza administracyjna sięgała np. odległości kilkudziesięciu km od stolicy, cała reszta władzy była realizowana miksem polityki wasalizacji oraz „ekspedycji karnych” w razie potrzeby. Np. w czasie I RP duża część wyroków sądowych (mp. częsta kara śmierci za apostazję) nie była wykonywana poza murami stolicy, bo „macki” państwa nie sięgały już na prowincję.

Obecnie jesteśmy na drodze do tego stanu. Stanu nowego średniowiecza, państwo polskie niebezpiecznie słabnie. Państwo polskie na prowincji jest jeszcze w stanie represjonować starszą panią, która próbuje sprzedać kwiaty i zioła, nie jest już w stanie poradzić sobie z efektywną polityką transportową, ani zapewnić obywatelom gwarantowanej opieki medycznej (przez masową likwidację szpitali).

To co napisałem, to są fakty nie podlegające dyskusji.

Tematem dyskusji jest to, co My zamierzamy z tym fantem zrobić!!! Czy podoba nam się model słabego, centralistycznego państwa a’la nowe średniowiecze?

Dlaczego nie mogę znaleźć pracy?

To pytanie zadaje sobie niejedno z nas: To jest ze mną nie tak? Uczyłem się, starałem, staram się dalej, dokształcam. Nie mam niestety pracy, albo praca, która czeka na mnie jest nisko płatna, na krawędzi przeżycia (spróbuj tylko z gaży w maku opłacić życie i wynajem mieszkania?).

Niestety, kupujemy w portugalskim supermarkecie ziemniaki z Hiszpanii, kurczaki z Izraela i podjeżdżamy do tego marketu autem z Niemiec. Ten wpis czytamy na laptopie z Chin, popijając go kawą z Brazylii albo herbatą z Cejlonu.

Potem się dziwimy, że pracę mają Hiszpanie, Izraelczycy i Niemcy, Chińczycy, Brazylijczycy i Cejlończycy, a Polak nie ma szansy na dobrą pracę, bo do dystrybucji towarów nie potrzeba aż tylu zasobów ludzkich jak do produkcji.

Niestety, jeśli masowo nie rozpropagujemy patriotyzmu ekonomicznego i mody na preferencje polskich, lokalnych produktów, nie zmieni się na lepsze.

Chcesz lepszej przyszłości to sam wspieraj markę rodzimą, produkcję polską, lokalną – pomagaj rozwijać lokalny potencjał, kupuj w polskich sklepach. Nie ma innej drogi.

Pozdrawiam i czekam na Twoją opinię w komentarzach.

Niepodległość Polski – kilka ciekawych faktów

Dzisiaj mały „offtopic” od tematyki oszczędzania – z okazji jutrzejszego Święta Niepodległości podam Wam kilka ciekawych faktów o Polsce i naszej niepodległości.

Pierwsza ciekawostka. Polska nie odzyskała niepodległości 11 listopada 1918 roku. Formalne uzyskanie niepodległości nastąpiło dokładnie 7 października 1918 roku. Natomiast uzyskanie stopniowo rozszerzanej „autonomii” nastąpiło 5 listopada 1916. Wydano wówczas akt w którym władze niemieckie i austriackie gwarantowały powstanie samodzielnego Królestwa Polskiego. Wówczas trwała I wojna światowa, a tereny Polski znajdowały się pod dość „łagodną” okupacją niemiecką i austriacką. To nie była okupacja tak bezwzględna jak za czasów III Rzeszy i rzeczywiście przystąpiono do tworzenia podwalin państwa (w zamierzeniu państwa satelickiego Niemiec, ale jednak odrębnego…)

Rada Regencyjna Królestwa Polskiego: Józef Ostrowski, arcybiskup Aleksander Kakowski i książę Zdzisław Lubomirski – 7 października 1918 proklamowała niepodległość Polski i zostało to faktycznie uznane.

Druga ciekawostka. Mieszko I nie jest pierwszym władcą naszej niepodległej Polski. Koncepcja Mieszka I jako władcy – pioniera i protoplasty – jest dość współczesna i została rozpropagowana jedynie z powodów politycznych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Mieszko „założyciel” to tylko nowoczesny „mit polityczny”, bez ugruntowania w dawnych kronikach. Wizja pasowała zarówno władzom Polski Ludowej, gdyż uzasadniała tzw. granice piastowskie PRLu oraz Kościołowi, ponieważ wzmacnia jego autorytet. Wcześniej, tzn. przed propagandą okresu „komuny’, nikt nigdy nawet nie myślał o Mieszku, jako pierwszym władcy.  Wszelkie dawne kroniki jaki pierwszego władcę współczesnych Polaków podają Lecha I, następnie, m. innymi, Kraka, Wandę i całą plejadę królów kilkaset lat przed Mieszkiem. Nawet niechętna nam historiografia niemiecka za czasów Bismarcka, zainteresowanego maksymalnym „umniejszeniem” historii Polski, mówi o Lechu I.

Trzecia ciekawostka. Flaga Polski nie jest biało-czerwona. Piosenki typu „Biało-czerwoni”, szereg narodowych flag na jarmarkach i meczach to tylko taki folklor ludowy. Flaga biało-czerwona to dość potoczne i zupełnie nieoficjalne określenie naszej obecnej flagi biało-karmazynowej, a rzeczywista „czerwień” przynajmniej od 100 lat nie gości na naszej fladze. Za komuny był na niej cynober, a obecnie jest to karmazyn (w programach graficznych #D4213D). To jest zupełnie inna barwa niż czerwień (#FF0000). Proszę uruchomić sobie program graficzny, np. Photoshop albo Gimp i sprawdzić te kolory 😉

Ciekawostka kolejna. Biały orzeł nie jest godłem Polski. Na pierwszy rzut oka, szokujący fakt, bo jak to tak… przecież od zawsze (prawie) każdy nauczyciel w szkole podstawowej, media czy inna pop-kultura mówią o dumnym białym orle. Otóż nic bardziej mylnego. Bielik zwyczajny, którego najstarsze zachowane wizerunki znajdują się na monetach Chrobrego, mimo bardzo dużego podobieństwa do orła nie jest nim jednak. Bielik to ptak z rodziny jastrzębiowatych. Poza tym aż tak całkiem biały to on nie jest…

Nazwa popularnej monety inwestycyjnej „Orzeł Bielik” jest wynikiem zwyczajnego błędu 😉

To tyle zupełnie szokujących faktów na temat Polski i Święta Niepodległości. Czy Ty znasz inne? Napisz!

Ursus – rekordy sprzedaży

Ogrom zamówień, które dostaje ostatnimi czasy Ursus powala. Firmie ciężko nawet podołać ich terminowej realizacji przez tak dużą ilość.

Ursus to spółka, która kojarzona była do tej pory tylko i wyłącznie jako producent sprzętu rolniczego. Teraz dzięki sprzedaży niedocenianych już w Polsce w takim stopniu ciągników zaskarbiła niemalże siedmiomilionowy zysk. I to w jedyne pół roku. To głównie zasługa kontraktu z Etiopią. Dzięki niemu Ursus może pochwalić się zarobionemu w pierwszym półroczu 2015 roku 6,88 mln zł. Niezbyt zaawansowane technologicznie ciągniki w Afryce przeżywają właśnie czas świetności. W tym półroczu ich sprzedaż zwiększyła się aż o 300 proc. (w porównaniu rok do roku z 2014).

Taki obrót sprawy odbił się na zaskakująco dobrych wynikach, ale miał wpływ także na opóźnienia w realizacji zamówień poprzez ich nadmiar w niezwykle krótkim czasie. Fenomen dużych zysków ze współpracy z etiopskim rynkiem rolniczym polega na prostocie urządzeń produkowanych przez Ursus. Tamtejsi rolnicy są w stanie naprawić maszynę własnoręcznie w przypadku awarii, natomiast odporność takiego ciągnika na ekstremalne warunki pogodowe tam panujące tym bardziej przemawiają za ich zastosowaniem.

Ursus doczekał się także powrotu do łask na polskim rynku. Przychody ze sprzedaży w kraju zwiększyły się o 64 proc. w porównaniu do 2014 roku. Spółka liczy jednak na dalsze polepszenie swojej sytuacji dzięki nowej perspektywie budżetowej UE 2014 – 2020, ponieważ rolnicy są w jej ramach zapewnieni o otrzymaniu dotacji w najbliższym czasie.

Co ciekawe, Ursus nie ogranicza się już do produkcji jedynie sprzętu rolniczego. Kierownik spółki, Karol Zarajczyk, skierował produkcję również na elektryczne autobusy (na które firma niedawno uzyskała homologację) czy trolejbusy. Lublin już podpisał kontrakt z Ursusem na zakup 38 trolejbusów. W polskiej branży Ursus jest liderem pośród firm prowadzących działania badawczo – rozwojowe.

Spółka istnieje od 1893 roku i miała swoje wzloty i upadki. W 1930 roku została przejęta przez państwo, gdyż groził jej upadek. Wtedy to Ursus zajmował się raczej produkowaniem czołgów i innych pojazdów wojennych. Ciągniki stały się głównym produktem dopiero po wojnie i właściwie tak zostało po dziś dzień. Ursus właśnie dostał drugie życie, a przynajmniej tak wynika ze sprawozdań finansowych firmy, która zaczyna powoli odzyskiwać pozycję na rynku.

Podatek przychodowy zamiast CIT – Jak uczciwie opodatkować supermarkety?

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponuje zmiany polegające na całkowitej likwidacji CIT. Miałby go zastąpić podatek przychodowy. Zmiana dotyczyłaby wszystkich sektorów gospodarki, nie tylko handlu.

Stawka wprowadzonego podatku od sprzedaży detalicznej byłaby jednolita i niska. Nowa ustawa musiałaby zostać opracowana w odniesieniu do całego systemu podatkowego. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) nalega na przyjęcie ustawy na czas określony, dokładnie do końca 2016 roku. Fundamentalnym celem ustawy jest wyegzekwowanie od koncernów międzynarodowych płacenia podatków, a co za tym idzie polepszenie konkurencyjności polskich firm.

ZPP wskazuje na podatek progresywny jako prowodyra do optymalizacji firm. Uruchamia on wg ZPP przemysł unikania opodatkowania. Oczywiście już istnieją firmy prosperujące pod umożliwiającą to strukturą organizacyjną. W takich przypadkach to opłacalność ekonomiczna jest decydującym czynnikiem w aspekcie podjęcia się takiego przedsięwzięcia lub nie. Nie jest możliwe zaradzenie działalności każdej marki, pod którą kryje się kilkadziesiąt a może i kilkaset spółek różniących się strukturą własności, które to dzierżawi firma zarejestrowana w odległej Republice X.

Uzależnienie podatku od powierzchni handlowej również przyczyni się do optymalizacji spółek. Polskie firmy nie posiadają tak bogatych struktur podatkowych jak ich konkurenci – wielkie koncerny. Stąd też ocenia się podatek przychodowy jako niesprawiedliwy i krzywdzący uczciwe polskie przedsiębiorstwa.

ZPP twierdzi, że właściwie CIT płaci, kto chce. Handel wielkopowierzchniowy nie jest tutaj wyjątkiem spośród innych sektorów. Ponieważ zagraniczne, duże koncerny posiadają większe możliwości unikania podatków stawia to rodzime firmy na przegranej pozycji. Straty państwa z wyprowadzania zysków za granicę ściśle związanych z tym podatkiem zostały oszacowane na 46 miliardów złotych przez Komisję Europejską.

Exit mobile version