Rekrutacja Polaków do obcych armii np. US Army

USA nadal jest przez wielu kojarzone z krajem, w którym spełniają się wszystkie marzenia. Każda profesja wydaje się być bardziej opłacalna za oceanem i na takim stereotypie korzysta także amerykańskie wojsko. US Army rekrutuje ludzi o wyjątkowych umiejętnościach. Służba dla nich wiąże się z nie lada prestiżem jak również możliwością awansu, co niejednego potrafi skusić.

Armia amerykańska wyszukuje odpowiednich ludzi wśród legalnych imigrantów, głównie ludzi posiadających zieloną kartę. Analitycy, osoby władające „egzotycznymi” językami i inni wykazujący rzadko spotykane predyspozycje – właśnie takich ludzi pragną pozyskać Amerykanie. Perspektywa jest niesamowicie kusząca w porównaniu do oferowanej na innych stanowiskach stosunkowo niskiej płacy.

US Army to zarobki w wysokości 1,4 tys. dolarów miesięcznie, 30 dni płatnych wakacji w roku i ubezpieczenie. Ścieżka kariery także nie jest bez znaczenia, armia USA daje możliwość awansu, nie wspominając już o pozycji społecznej z jaką wiąże się służba.

Nie do końca wiadomo ilu naszych rodaków służy w armiach innych krajów, statystyki nie są również prowadzone dla amerykańskiej armii konkretnie. Polak przejawiający chęć podjęcia służby za granicą potrzebuje zgody MSW oraz Administracji, jest to wymóg prawny. A jak ma się to do aspektów moralnych? Czy uznawane jest to za zdradę, brak patriotyzmu? Najpewniej można to tak odebrać. Jednak trudno dziwić się wykształconym a niedocenionym w ojczyźnie ludziom szukającym drogi do lepszego życia.

P.S. Polecam cykl pt. „Legia cudzoziemska”: http://dlafaceta.biz/zakupy/legia-cudzoziemska-na-prosbe-czytelnikow-przypominam-caly-cykl-linki/

Polska: Zawodowa armia czy pospolite ruszenie?

Dyskutując z ludźmi o potencjalnej polskiej Gwardii Narodowej stykam się wciąż z jednym argumentem. Otóż armia masowa, z poboru, armia ochotnicza, czy wręcz pospolite ruszenie to model, który rzekomo odszedł w przeszłość się nie sprawdził, teraz ma dominować armia zawodowa, mniej liczna, ale za to wyposażona w sprzęt nowoczesny, armia szybka, mobilna, doskonale wyposażona, zdolna do szybkiego działania i szybkiego pojawienia się w miejscu zapalnym,, profesjonalna… bla bla bla…

To co mi proponują zwolennicy armii zawodowej to NIE jest armia. To jest synonim korpusu ekspedycyjnego.

Scenariusz konfliktu

Problem w tym,  ze taki korpus ekspedycyjny może CAŁY z powodu błędu dowódców, czy znakomitego manewru taktycznego przeciwnika (i/lub precyzyjnego ataku) zostać o ile nie rozbity w ciągu pierwszych 6 godzin konfliktu to przygwożdżony gdzieś „na mapie operacyjnej” między wzgórzem 234B a dolinką 45/c/a…

…i będziemy mogli się pocałować w przysłowiowe 4 litery.

Jednym atakiem informatyczno-elektronicznym można sparaliżować taką „elitarną” armię, na tyle, że będą jak dzieci we mgle. Właśnie możliwości takiego ataku pokazali Rosjanie w Syrii. Zastosowali system, który istniał tylko teoretycznie. USA i NATO jest teraz pod bladym strachem…

No dobra – nasza elitarna armia zawodowa hi-tech nie istnieje po 6h od ataku.

Inne jednostki wroga wchodzą w Polskę jak w masło. Jednostki ochotnicze wroga, np. bataliony banderowskie czy inni szaulisi wchodzą za pancerną szpicą i dokańczają dzieło swoich poprzedników, czyli robią nam mowy Wołyń 2016…. Kobiet i dzieci nie oszczędzą. Nie ma się co łudzić.

Dzieje się tak, bo jak te durne barany wierzyliśmy w potęgę armii zawodowej.

Niestety wiara w armię zawodową jest skrajną naiwnością…

Prawda – zawodowiec jest wart 10 rezerwistów – „Januszy” – takich jak np. ja, ale zawodowcy nie obsadzą wszystkich wiosek, przepraw, mostów, nie stawią żadnego oporu w walce miejskiej, terenowej, lokalnej. Zawodowcy nie zapewnią żadnej ochrony ludności, ani jej jakiejkolwiek osłony, pomocy podczas ewakuacji… z prostego powodu…

Zawodowców jest dramatycznie za mało. Nasza całą armia ma siłę jednego korpusu ekspedycyjnego i może zmieścić się w całości na stadionie narodowym.

Mamy po prostu jakiś osrany korpus ekspedycyjny i nic więcej, obecnie Polska Armia po prostu NIE ISTNIEJE.

To jest prawda, szokująca dla niektórych, ale nieunikniona.

Rozwiązanie jest jedno:

Czy powstanie 300-tysięczna Polska Gwardia Narodowa/Krajowa?

 

 

Gdy będzie wojna, to Polski będą bronić firmy, a nie wojsko…

Niemal 700 milionów złotych z budżetu państwa trawiło w ramach dotacji na konta różnych przedsiębiorstwa. Dlaczego? Rzecz się tyczy bezpieczeństwa państwa.

W „Pulsie Biznesu” znajdziemy opis enigmatycznego Programu Mobilizacji Gospodarki. To on umożliwia przesył pieniędzy pomiędzy państwem polski a różnymi firmami z tytułu utrzymania stanu gotowości na wypadek wojny. Wcale nie rozchodzi się tutaj o firmy zajmujące się zbrojeniami. Dotowane są spółki medialne, telekomunikacyjne, budowlane, paliwowe czy farmaceutyczne. Przepływy pieniężne opiewają na wcale nie niski kwoty. W ramach Programu Mobilizacji Gospodarki na konta przedsiębiorstw wpłynęło już 680 milionów złotych.

Założenia tego programu, funkcjonującego od 2008 roku, opisują sytuację, w której firmy strategiczny z perspektywy obronności państwa, powinny wspierać Polskę w przypadku wojny. Rocznie tego typu przedsiębiorstw spływa ok. 100 milinów złotych. Czego oczekuje się w zamian? Utrzymania na optymalnym, z perspektywy bezpieczeństwa, poziomie zapasów surowców czy mocy wytwórczych. A w razie realnego zagrożenia udostępnienia sprzętu i ludzi.

W ramach Programu Mobilizacji Gospodarki aktualnie dotowanych jest aż 177 przedsiębiorstw. Wśród nich znajdziemy np. Orlen, Lotos, Polski Holding Obronny, ale też Polpharmę będącą własnością Jerzego Staraka czy Polkomet, którego działania kontroluje Zygmunt Solarz-Żak. Zapewne chodzi o zapewnienie w razie wojny odpowiedniej ilość medykamentów i utrzymanie bezpiecznego systemu teleinformatycznego.

Dziennika „Pulsu Biznesu” podkreślają fakt, że gro dotowanych firm, to firmy prywatne lub z dużym udziałem kapitału obcego. Wniosek płynie prosty – w przypadku wojny na straży bezpieczeństwa kraju będą stali najbogatsi, polscy biznesmeni i zagraniczne przedsiębiorstwa.

Exit mobile version