Rowerem w mżawce

Wczoraj wszystkie swoje sprawy „urzędowe” na mieście załatwiałem jeżdżąc rowerem. Było zimno i była lekka mżawka, ale stwierdziłem, że to nie problem w sumie. Ubranie na cebulę, zapewniające komfort jazdy oraz kurtka turystyczna. Opony w rowerze mam terenowe, więc i mokra nawierzchnia mi nie straszna. Mam także zamontowane błotniki, więc po dojechaniu na miejscu nie wyglądam jak świnia, która wyskoczyła z błocka. (Co mi się na kolażówce bez błotników kiedyś zdarzało). Jedna rzecz, która by się przydała to jakieś rękawiczki lepiej chroniące ręce.

Ostatnio nieczęsto używam roweru, ale mam ambicję w coraz większym stopniu rezygnować z używania samochodu na rzecz marszów i roweru. Dlaczego? Jak wiecie jestem gorącym zwolennikiem patriotyzmu ekonomicznego i nie używania anglicyzmów na blogach… więc dla odmiany, dla płodozmianu blogerskiego, posłużę się angielskim powiedzonkiem:

A car burns money and makes you fat, a bike burns fat and saves you money 😉

Ktoś chętny do przetłumaczenia? Czekam w komentarzach.

Temat praktyczny. W moim mieście sieć dróg rowerowych jest bardzo dobra, można dojechać niemal wszędzie, ale mam zastrzeżenia do stojaków rowerowych. Klasyczne wyrwikółka, czyli stojaki blokujące przednie koło są bez sensu. Po pierwsze koło robi się koślawe, po drugie jakie to zabezpieczenie roweru? Wystarczy, że złodziej odkręci 2 śruby i zabierze resztę. Klops.

Tak NIE zapinamy rowerów. Niby wszyscy to wiedzą ale i tak to robią… Naiwnością jest też zostawianie na chwilę roweru bez zapięcia, co widzę non stop… a potem płacz.

Kolejne przemyślenie rowerowe – prawie WSZYSCY moi znajomi, aktywnie używający roweru jako środka transportu miejskiego, w czasie moich studenckich czasów, którzy kupli sobie rowery, licząc powyżej pewnej magicznej granicy w okolicach 2,5-3 tysiąca zł (trudno to trochę teraz określić ze względu na inflację i zmieniające się ceny sprzętu) – stracili swoje rowery bez względu na stosowane zabezpieczenie. Słyszałem o koledze, któremu ukradziono dość drogi, markowy rower zapięty najlepszymi zapięciami do grubej żelaznej rury ogrodzenia. Złodzieje zatem ukradli część ogrodzenia wraz z rowerem. Ot i tyle…

 

9 komentarzy do “Rowerem w mżawce”

  1. jak tu trafiłem to się wpiszę:
    samochód odciąża portfel i zwiększa brzuch, rower dociąża portfel i zmniejsza brzuch.

    Po kilkudziesięciu latach jazdy różnymi samochodami, sprzedałem swój ostatni. Przesiadłem się na rower i bardzo mi to odpowiada! Jeżdżę cały rok bez problemu. Załatwiam wszystko szybciej i przyjemniej. Jeśli lubisz stać w korkach i szukać miejsc parkingowych, nie będzie to rozwiązanie dla Ciebie.

    Pozdrawiam

    1. no właśnie o to chodziło 😉

      oczywiście, ja jestem także sympatykiem motoryzacji, ale mam wrażenie, że samochód jako „jeździdło” jest nadużywany przez ludzi

      1. Mi również nikt nie zarzuci, że jestem wrogiem pojazdów silnikowych 🙂
        Wręcz przeciwnie, bardzo je sobie cenię 🙂
        Ale staram się podchodzić do tego racjonalnie, a wożenie d… samochodem na odległość do 5 km uważam za wybitnie nieracjonalne, a na odległość do 10 km mocno kontrowersyjne…
        Oczywiście jak nie ma wyboru, to nie ma; czasami życie wybiera za nas i zmusza po prostu do użycia nieracjonalnego dla danego dystansu środka transportu 🙂

        1. Widzisz, tu patrzysz z perspektywy freelancera, osoby niezależnej – ja na przykład funkcjonuję de facto uzależniony od godzin korporacyjnych i moja elastyczność czasowa ma swoje granice – jeśli masz tylko 30 min i ani sekundy więcej na załatwienie sprawy urzędowej, a ona musi być załatwiona to na dystansie do 5 km samochód też musi być użyty – po prostu brutalna rzeczywstość.

          1. Ależ oczywiście…
            KAżdy z nas ustala swoje priorytety (a przynajmniej [powinien) i każdy z nas według nich działa (a przynajmnije powinien).
            Są óżne zmienne, które powodują, że jazda 5 km samochodem ma sens…
            Pogoda, czas, bagaż, choroba…
            Rzecz w tym, by nie używać samochodu tylko (przede wszystkim?) jako wymówki dla naszego lenistwa…
            Wcześniej pisałem o sytuacji „idealnej” gdy nic i nikt nas nie popędza, ani nie przytłacza 🙂

            1. no właśnie mi o to mniej więcej chodziło

              akurat dziś miałem rezerwę czasową i dobrą kilkukilometrową trasę by załatwić to i tamto zrobiłem po prostu pieszo

  2. Dlatego mój rower wygląda jak wygląda (znaczy wielce niezachecająco) i dopiero dla wprawnego i doświadczonego oka ma swoją wartość…
    Inna rzecz, że u mnie na wsi rowerów nie kradną, a ja zapinając na początku moją maszynę wywoływałem co najmniej zdziwienie autochtonów 🙂
    Po prostu stawia sie pod sklepem, a po zrobieniu zakupów zabiera 🙂
    Pytałem właścielkę sklepu o ten „fenomen” i powiedziała zamyślając się na chwilę: „aaaa… noooo… ze cztery lata temu temu Józkowi co ten noooo… pod tym lasem mieszka rower zawinęli, ale co? Wszyscy we wsi wiedzieli kto więc Józek wiął kumpli, poszli, ryja obili i rower zabrali”
    Taki luksus mieszkania na wsi…

    1. ja słyszę od pewnej bardzo młodej osóbki…. dlaczego twój rower jest brudny i zachlapany jakąś mazią?
      On nie jest brudny, on jest tak przeze mnie pomalowany by wyglądał na brudnego grata, do tego zdarte/fizycznie usunięte naklejki firmowe, itp…. tak od nowości z resztą

  3. Za nic nie oddam mojej foki mk 1 w tym miesiącu przeszedł gruntowne zabezpieczenie antykorozyjne stan nadwozia i wszystkich elementów nośnych bardzo dobry .Ale próbuję się zmuszać do częstszych jazd rowerem o ile latem śmigam dużo rowerem trasy 70 km nie są niczym nadzwyczajnym to w okresie jesiennym zwyczajnie mi się nie chce .Ale będę walczył żeby to zmienić .pozdr

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Oblicz to * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Exit mobile version